Niedawno skończyłam dawkować sobie (bo w pewnym momencie nie dałam rady inaczej) „Grzybiarkę” Viktorii Hanišovej.
To książka, którą trudno czytać z lekkością, mimo że jej oprawa często przypomina zwyczajną wyprawę na grzyby. Może i nie epatuje okrucieństwem wprost, ale wiele najważniejszych rzeczy dzieje się między słowami, gdzie dorosła codzienność przeplata się z narracją o dzieciństwie i dorastaniu.
To opowieść o dziewczynce, której nie ochronili ci, którzy najbardziej powinni byli to zrobić. O ojcu, który skrajnie wykorzystał zaufanie własnego dziecka. O matce, która nie potrafiła stanąć między córką a tym, co ją krzywdziło. O rodzinie, która mogła sprawiać wrażenie zwyczajnej, podczas gdy pod powierzchnią rozgrywał się dramat, którego nikt nie chciał zobaczyć, bo nie było to nikomu na rękę. Młoda Sara została „poświęcona” na ołtarzu „normalnej rodziny”.
„Grzybiarka” to historia ogromnej samotności. Takiej, która nie wynika z braku ludzi wokół, ale z braku choć jednej bezpiecznej osoby (chociaż pewną nadzieję daje postać Wojtka), przy której można powiedzieć: „potrzebuję pomocy, dzieje się coś złego”. Szczególnie, że wcześniej, takie próby skończyły się spektakularnym fiaskiem.
Poznając tę książkę, wielokrotnie myślałam o tym, że trauma rzadko objawia się głośno. Częściej zostaje w ciele, relacjach, sposobie przeżywania bliskości i własnej wartości. Potrafi towarzyszyć człowiekowi przez całe życie. Trauma bywa jak ropień, który przez lata dojrzewa. Niewidoczny dla innych, ale stale obecny. Pulsuje, boli przy dotyku, odbiera spokój. Nie znika dlatego, że przestajemy o nim mówić. Przeciwnie – milczenie często pozwala mu trwać. Dopiero kiedy ktoś może bezpiecznie opowiedzieć swoją historię, ropień pęka uwalniając najgorszą zawartość, rana ma szansę zostać oczyszczona i zacząć się goić.
Bardzo poruszył mnie również motyw grzybów – czegoś, co kiedyś było przestrzenią bliskości między ojcem a córką. Być może dlatego, że sama miałam z moim tatą podobną wspólną płaszczyznę. Do dziś, kiedy wracam z lasu z koszem grzybów, wysyłam w jego stronę ciepłe myśli. Sara „Sisi” nie dostała takiej możliwości. Trauma często zabiera nie tylko poczucie bezpieczeństwa. Potrafi odebrać także miejsca, zapachy, wspomnienia i aktywności, które kiedyś były ważne. Skaża je swoją obecnością.
„Grzybiarka” nie jest książką o spektakularnym zdrowieniu. Jest opowieścią o próbie przetrwania. O radzeniu sobie na jedyny dostępny w danym momencie sposób z czymś, czego nie da się cofnąć.
I przypomina o czymś bardzo ważnym: dzieci nie potrzebują idealnych rodziców. Potrzebują rodziców, którzy zapewnią im bezpieczeństwo.
„Nie zostawię jej. Jest taka malutka.” – mówi matka bohaterki, gdy córka ciężko choruje w dzieciństwie. To jedno z najbardziej bolesnych zdań w całej książce. Bo później okazuje się, że można nie zostawić dziecka fizycznie, a jednocześnie nie ochronić go przed tym, co je krzywdzi.
I być może właśnie o tym jest „Grzybiarka”. O krzywdzie i samotności dziecka, które zostało bezpiecznie przeprowadzone przez chorobę, ale nie przez własne dzieciństwo.
⚠️ Uwaga: książka porusza temat wykorzystania seksualnego dziecka. Dla części osób może być wyzwalaczem trudnych wspomnień i silnych emocji.
Dodaj komentarz